Polski Specjal – Justyna Daniluk – Wywiad – Piotr Czerwinski

 

For English Lang OFF_ readers, a rare treat – something you can’t yet read – Piotr Czerwinski’s recent novel about migrant life in Dublin has been published to wide acclaim in Poland… OFF_ are now trying to do something about it being translated to Ingleesh. Fingers crossed, the interview below will also meet the same fate soon;

Mówi się o Tobie, że jesteś głosem ostatniej fali polskiej emigracji…

Ten głos to ponad dwa miliony desperatów, jeżeli dobrze pamiętam najnowsze statystyki. Oni mówią sami za siebie, własnym głosem. Nawet nie mówią, krzyczą, chociaż nikt ich nie chce słuchać, albo udaje że nie słyszy. Ja ich tylko uwieczniam, być może niektórych wyręczam. Nie mówię też w imieniu absolutnie wszystkich. Właściwie jestem pewien tylko tego, że mówię za siebie. Ale dziękuję za komplement! Tak bez metafor, myślę że to wielki ciężar i odpowiedzialność, wypowiadać się w cudzym imieniu, zwłaszcza w imieniu grupy ludzi. W ogóle, sama przynależność do jakiejś grupy to wyzwanie. Przez całe życie jak ognia wystrzegałem się przynależności do czegokolwiek. Nigdy nie identyfikowałem się z nikim i z niczym, chodziłem własnymi drogami, wystrzegałem się deklaracyjności, emblematów, stempelków na czole. Bałem się że to mi odbierze niezależność, która przecież była nieodbieralna. I dopiero na emigracji po raz pierwszy w życiu dotarło do mnie, że identyfikuję się z jakąś masą, że do niej należę, i że jestem z tego dumny, bo tu się nie ma czego wstydzić. Oglądałem wiadomości w angielskiej telewizji i nagle spiker powiedział coś o Polakach, czy nawet o problemie Polaków w tej części świata, bo niektórzy zdaje się lubią ten termin. I wtedy zrozumiałem, że ja jestem jednym z tych Polaków. Jednym z was, jednym z NAS. To było wielkie, jak daję słowo, rozwaliło mnie kompletnie. Rozwalania się kompletnie też unikałem jak ognia, od pewnego czasu.


W „Przebiegum Życiae” pada takie zdanie: „Czy my jesteśmy różni? Nie, sakra, not at all. Tylko nasze nazwiska różnią się od siebie, ale to nie ma znaczenia, bo i tak nikt nie potrafi ich wymówić, oprócz nas samych. Jesteśmy zgrają jednej osoby, która dostała jednego wspólnego kopa w dupę…”

Jeżeli zatem komuś nie przynosi to ujmy, że mówię jego głosem i że nazywam siebie i jego zgrają jednej osoby, niech wyobrazi sobie, że przybijam z nim wirtualną piątkę.


Podjąłeś się nie byle zadania, nawiązując w swojej powieści do „Dziadów” Adami Mickiewicza – jednego z najbardziej hołubionych dzieł literackich w dziejach literatury polskiej. Czułeś presję?

Jakbym powiedział, że tak, to wyszedłby ze mnie megaloman… Ale tak naprawdę to się działo bezwiednie. Ukłon w stronę „Dziadów” , poprzez nazwanie dwóch głównych bohaterów Gustawem i Konradem wydał mi się nawet przez chwilę śmieszny, badziewny, zbyt oczywisty, a przez to za mało ambitny czy tam górnolotny. Presja przyszła później, kiedy to wszystko dojrzało i wybrzmiało odpwiednio w mojej głowie i kiedy zobaczyłem, co zrobiłem. Trop był świadomy i miał jako żywo korespondować z wątkiem przemiany wewnętrznej, ale jego drugie dno, to bardziej pomnikowe, przez moment do mnie nie docierało.

Uważam że trafił mi się dobry czas i miejsce, by wrócić do korzeni, i podjąć wątki, które nasi klasycy zostawili nam po sobie, a nawet z nimi dyskutować. W końcu dyskusja jest podobno motorem postępu.


Odkrywasz przed czytelnikami niezbyt chwalebną stonę polskiej emigracji…

W wielu przypadkach to jedyna i najbardziej widoczna strona tej emigracji. Jeśli mówisz o hołocie, która tak fachowo przekreśla nas w oczach świata, to nie od parady socjologowie tak sobie ukochali termin „polski problem”, o którym już wspominałem. Tudzież nie bez przyczyny Anglicy z uporem maniaka udają sami przed sobą, że problem nie istnieje, Polaków nie ma, wszyscy już wyjechali i w ogóle nie ma dowodów na to, że Polacy naprawdę istnieją i nie są złudzeniem optycznym. Oprócz setek tysięcy wartościowych ludzi w te strony przybyły też setki tysięcy śmieci, przez których naprawdę czasem wstyd odezwać się publicznie po polsku. To cały nowy podgatunek, Kurwapolak Czarnorób, występuje w Unii Europejskiej od roku 2004, powstał przez skrzyżowanie buraka pastewnego z parą gumofilców. Zamieszkuje sutereny na terenach podmokłych w liczbie siedmiu do ośmiu sztuk na gniazdo, żywi się ciderem, porozumiewa się z rodakami poprzez cios z główki, a z miejscowymi poprzez unikanie porozumienia.

Jeżeli zaś miałaś na myśli to, kim jesteśmy dla autochtonów w tej części świata, i że jesteśmy dla wielu z nich tanią siłą roboczą, służącą do robienia wszystkiego, czego nie chce się robić im samym, i że taki cel przyświecał otwarciu tego rynku pracy, to mówiąc szczerze, nie ma czego odkrywać. Dla mnie to oczywiste. Wiem jednak że wielu ludzi i w Polsce, i tutaj zapiera się przed tą smutną prawdą rękami i nogami, twierdząc, że przecież wielu naszym się udało i tak dalej, i nie rozumiejąc, że jednostki nigdy nie rozmyją całego obrazu. Zresztą, każdy ma inną definicję sukcesu, i od tego zależy stopień tego „udania się”. Dla jednego to będzie praca w biurze , choćby na najniższym stanowisku, dla innego jakakolwiek praca, i tak dalej. Co nie zmienia faktu, że ten legendarny magister na zmywaku jest rzeczywiście nieśmiertelnie prawdziwy i najpowszechniejszy.


„Przebiegum życiae” opisuje nie tylko Polaków zagranicą, ale dotyka również problemu swoistych wyborów życiowych, opowiada drogę wewnętrzną bohaterów…

Tak, to jest przede wszystkim książka o przemianie. Stąd ten Konrad i Gustaw, stąd cała filozoficzna strona książki. Emigracja posłużyła w tej historii za tło, bo uważam że sam fakt emigrowania gdziekolwiek, niezależnie od przyczyny, i pakowania się przynajmniej na chwilę na krawędź własnego życia, to doskonała okazja, by zmierzyć się ze świętymi słowami, z własnym sumieniem, zadać sobie wreszcie pytanie o cel i sens życia, o prawdziwe wartości, i znaleźć na nie odpowiedź.

„Przebiegum Życiae” to opowieść o szukaniu odpowiedzi na te pytania. O pasji, którą można odkryć w sobie na przekór rzeczywistości, o pasji która może uratować nas przed szaleństwem, a z drugiej strony jest tak silna, że może nas w to szaleństwo wpędzić. I wreszcie o pasji którą można przekazać innym.


Oprócz „Dziadów” nawiązujesz do innego legendarnego już utworu, tym razem z kanonu literatury światowej, do „Małego Księcia” – to zaskakujące inspiracje. Czy to dlatego Twoją powieść określono mianem „surrealistycznej”?

Pewnie warto, bym wspomniał, że zanim postało „Przebiegum”, od dłuższego czasu chodził za mną pomysł na powieść o facecie, którego opętała wizja napisania drugiej części „Małego Księcia”. Był to jeden z wielu moich niszowych pomysłów, których nie traktowałem na tyle poważnie, by je rozwijać. Dopiero samemu znalazłszy się w Irlandii, ujrzałem ten pomysł na nowo. Dublin jako pustynia, na której przez pomyłkę rozbija się pilot, i moralnie zdegradowany zgorzkniały dwudziestoparolatek w roli dorosłego Małego Księcia, który stracił ideały. To był strzał w dziesiątkę. I ten absurd dokoła, niemożność ucieczki poza zaklęty krąg syfu. Surrealizm był tu jedyną odpowiedzią na rzeczywistość, jedyną rozsądną reakcją. Dlatego bohaterowie uciekają w świat kreskówek, ratują się słuchaniem reggae w tych szaroburych dublińskich realiach, z wiecznym deszczem w tle. Ale oprócz tego to bardzo naturalistyczna książka. Tak naturalistyczna, że nawet zapalnie dróg moczowych Gustawa odgrywa w niej nie byle jaką rolę. Najwyraźniej realizm i surrealizm nie są specjalnie odległe. Czasami jedno prowadzi do drugiego, jakby znajdowały się w zamkniętym obiegu.


Na potrzeby książki opracowałeś tzw. Ponglish, czyli mieszankę języka polskiego i angielskiego. Dlaczego użycie tej hybrydy językowej było tak istotne w Twojej powieści?

Pisząc książkę o Polakach za granicą byłoby grzechem nie zachaczyć o meandry językowe, które towarzyszą emigracji. Wydaje mi się cokolwiek oczywiste, że choćby nie wiem jak się starać, przesiąkamy pewnym słownictwem, choćby dlatego, że nie zawsze używaliśmy go w Polsce, a w wielu przypadkach może właśnie dlatego, że i w Polsce anglizyzmy zatruły nam język ojczysty na dosyć dużą skalę. Tak powstał „ponglish” o którym trąbiły media po obu stronach barykady, to znaczy i polskie i angielskie, tudzież irlandzkie. Polacy na emigracji wprowadzają do swojego języka obce słowa, często spolszczone anglicyzmy z tak zwanego fachowego słownictwa – wszystkie te taksy, offy, lanczbrejki i tak dalej. Nie tylko prości ludzie, to dotyczy wszystkich. Niedawno słyszałem od znajomego, że „kryzys jest widoczny w ritejlu”, albo że „wieczorem ma viewing”, jak sądzę mieszkania. Ja postanowiłem pójść o krok dalej i w sposób mniej lub bardziej artystyczny oddać język, jakim mówią Polacy zapominający Polskiego, już tak po całości. Zapominanie polskiego za granicą jest bardzo naturalnym procesem, to nie żaden snobistyczny wybryk. Zaczyna się od wplatania zwrotów, których używamy na co dzień i które wypowiadamy machinalnie, od „I mean”, którym z rozpędu zaczynamy zdanie, od „excuse me”, które mówimy przepychając się do wyjścia autobusu, albo od tego nieszczęsnego „kinda”, które można łatwo przechwycić, zwłaszcza oglądając amerykańskie filmy. Ja sam pilnuję swojej polszczyzny jak oka w głowie, ale miewam chwile, kiedy coś mi ucieka i nie jest całkiem oczywiste. Na tej zasadzie zapomniałem jak się mówi po polsku na „top up”. Dopiero znajomi wyjaśnili mi, że to „doładowanie telefonu”. Czasami zdarza mi się, że muszę dwa razy pomyśleć zanim przełożę sobie w głowie jakiś termin, którego dawno, a może nawet nigdy nie użyłem po polsku. Wyobrażam sobie więc, że gdybym się nie pilnował, skończyłbym wygadując takie rzeczy jak narrator „Przebiegum Życiae”..


Jako pisarz, mieszkający na emigracji– czujesz się emigrantem, Polakiem, obywatelem świata?

Ja szczerze mówiąc długo nie mogłem poczuć się emigrantem. Przez jakiś czas miałem wrażenie, że to wszystko mnie nie dotyczy, i że owszem, mówi się o emigracji, ale to nie o mnie, to nie ja, bo ja przecież jestem z boku, idę własną drogą. Dopiero potem zrozumiałem, że to guzik prawda i od tamtej pory owszem, czuję się emigrantem. Ciekawe jest również i to, że wyjazd z Polski wydał mi się dość naturalnym procesem i bardzo łatwo oswoiłem się z myślą, że już mnie tam nie ma. To właściwie przyszło samo, nie wymagało żadnego przymusu. Myślę, że Polacy mają w genach chęć wyjazdu z Polski, to się datuje jeszcze z czasów PRL, kiedy to było oczywiste, że należy spierniczać, o ile ktoś nie był ustawiony. Czasy się zmieniły, partie się zmieniły, a mechanizmy wciąż te same. Szkoda, bo to piękny kraj, ta Polska. Próbuję wspominać ją jak najlepiej i wtedy często mi jej brakuje.


Czuję się też obywatelem świata. Wszyscy ludzie są obywatelami świata, tylko niektórzy boją się w to uwierzyć albo po prostu nie chcą. Gdyby można było wystąpić o paszport świata, i tylko w rubryce „narodowość” wpisać „polska”, pierwszy bym się zgłosił.

Jeżeli zaś chodzi o to czy ja dalej jestem Polakiem, to myślę, że tego wyzbyć się nie da. To po pierwsze. A po drugie, bycie prawdziwym Polakiem, takim naprawdę z krwi i kości, nie „polskim problemem” , tylko tym Polakiem, co to husaria, honor, fantazja ułańska i duma, i szablą odbierzemy, i zastaw się a postaw się, i wszystkie te rzeczy, bycie takim Polakiem to dla mnie zaszczyt i niedościgniony wzór. I nawet nie wiem, czy ja na takie miano zasługuję.


„ Przebiegum życiae” to Twoja druga powieść, pierwsze było „Pokalanie” – obie mają dobre recenzje. Nad czym obecnie pracujesz? Czy nadal zamierzasz pozostać przy tematach emigracyjnych?

W „Pokalaniu” rozprawiłem się z młodością, w „Przebiegum Życiae” z emigracją i teraz nie mam się już z czym rozprawiać, ani rozprawiać się nie mam ochoty, toteż mam nareszcie wolną głowę. Napływa do niej milion pomysłów na sekundę, jak za szkolnych czasów, kiedy chciało mi się pisać dla siebie samego i dla własnej radochy. Ciągle mam nadzieję, że przede mną wciąż jeszcze jest coś, co będzie tak wielkie, że zaskoczy mnie samego. Ale tak chyba obiecują sobie wszyscy pisarze, a poza tym, gdyby nie to, nie mielibyśmy już w ogóle ambicji.

Przymierzam się do nowego projektu, który dopiero się wykluwa, więc pewnie nawet gdybym chciał go zdradzić ze szczegółami, i tak nie wiedziałbym jak. To na razie wypadkowa kilku pomysłów naraz i pewnie dopiero za jakiś czas okaże się, który z nich przeważył. Na pewno nie chcę ugrzęznąć w kolejnych epickich historiach o emigracji, bo to już było. Wątek Polaka- tułacza jest mi ciągle bliski, ale ileż można pisać tak samo o tym samym?

Tak naprawdę nie to mnie nęka, CO napisać, ale JAK to zrobić. Coś mi mówi, że literatura stanęła w korku, bo autentycznie, wszystko już było, jak w bluesie, albo w modzie i tak dalej. Zwykłe pisanie o zwykłych rzeczach jest wtórne i przestaje mieć rację bytu, więc jeśli uda mi się dotrwać do zielonego światła i wdepnąć w gaz, to będzie wszystko, czego oczekuję od swojego pisarskiego życia.


PIOTR CZERWINSKI, autor